Erazmus Podróże

Kolejne wieści…

Tak, tak, wiem, powinnam pisać częściej, ale tak się nie da… Tyle spraw mam na głowie, że ciężko mi się za to zabrać. Ale dzisiaj się poprawię, i opowiem, co wydarzyło się przez ostatnie parę weekendów (bo o tygodniu nie ma co pisać, zajęcia i tyle).

Najpierw o weekendzie trzy tygodnie temu. Odbywał się wtedy Manapany Surf Festival, czyli zawody surferskie i body boardowe, a potem koncerty. Postanowiłyśmy wynająć samochód, bo powrót autobusem byłby nie możliwy, a nie chciałyśmy zostawać na noc. I kto musiał prowadzić? No, kto? No, ja… Zestresowana byłam jak nigdy, chyba nawet bardziej niż przed egzaminem – po głowie chodziło mi, że jeśli coś zniszczę, zarysuję, spowoduje wypadek – to z mojego konta wezmą 500 euro. Na szczęście mały Peugeot, z silnikiem diesla, okazał się łatwy w prowadzeniu, a droga do Manapany taka skomplikowana nie była, podróż minęła spokojnie. Sama miejscowość była dla nas wszystkich ogromnym zaskoczeniem. Spodziewaliśmy się wielkiej piaszczystej plaży, takiej trochę kalifornijskiej, w końcu to festiwal surferski… Tymczasem Manapany okazała się malutką miejscowością, bez plaży, ale za to z wieloma kamieniami, z których podziwiać można było surferów. Zasady zawodów do dzisiaj pozostają nam nie znane, w żaden sposób nie mogliśmy ich rozwikłać. Atrakcją „plaży” był naturalny basen, do którego wpadała woda z fal – idealny na kąpiel, gdy zawody już się znudziły. Po zakończeniu zawodów, wszyscy przenieśli się na główną ulicę, gdzie rozstawione były stragany z przeróżnymi smakołykami i pamiątkami. Główną atrakcją były wieczorne koncerty, na które jednak dla wielu zabrakło biletów. Gdy przyszedł czas wyjazdu, udaliśmy się do naszego auta, które zastawione było niesamowicie… Z przodu i z tyłu, może po pięć centymetrów? Trochę czasu zajęło mi wymanewrowanie, w końcu ruszenie z górki. Nieźle gazowałam, co spowodowało, że wszyscy się na nas patrzyli. Ale ciemno już było, więc nikt mnie nie rozpoznał 😉

Niedziela upłynęła mi bardzo miło i bardzo żarłocznie. Odwiedziłam bowiem ludzi, którzy podwieźli mnie z lotniska w pierwszy dzień – pewnie pamiętacie, pisałam o tym w pierwszej wiadomości. Mieszkają oni w miejscowości Saint Gilles les Hauts, w typowym kreolskim domu, z dwoma kuchniami – wewnętrzną i zewnętrzną! Przygotowali dla mnie prawdziwą reuniońską ucztę, z przystawkami, z głównym daniem – ryżem, białą fasolą, wieprzowiną. Następnie była sałata z serami, a potem ciasto, które specjalnie dla nich kupiłam. Przy okazji widziałam kota, który upolował jaszczurkę (moje nigdy by tego pewnie nie zrobiły 😉 ), dostałam mnóstwo jedzenia w plastikowych pudełkach do domu, którym podzieliłam się z Emmą. I dostałam też liście roślin, jedne na grypę, drugie na ból brzucha – i muszę przyznać, że naprawdę działają, bo już miałam okazję wypróbować!

Kolejny weekend, to długo oczekiwana lekcja surfingu, która jednak nie doszła do skutku, bo w sobotę fale na plaży Les Roches Noires były za duże na naukę… Byłyśmy z tego bardzo niezadowolone, ale przynajmniej poleżałyśmy sobie na plaży. Próbowałam kąpać się w ocenie, ale fale były może nie bardzo duże, jednak niesamowicie silnie… Trzy razy przewróciłam się, zanim udało mi się w całości wejść do wody. 
Niedziela była bardziej intensywna, wybraliśmy się na wędrówkę szlakiem Chemin des Anglais – który prowadzi z miejscowości Saint Bernard, do La Possesion, i jest to trasa datowana na 1775 rok, prowadząca po szczycie klifów, w dół do miejscowości Grand Chaloupe, a potem w górę do La Possesion. Trasę tę Anglicy używali podczas ataku na Saint Denis w 1810 roku. Przejście całego szlaku zajmuje około 4 godziny, my jednak poddaliśmy się po półtorej godziny. Wszystko dlatego, że dzień był naprawdę gorący, niebo bezchmurne, słońce świeciło niesamowicie mocno – a droga prowadzi cały czas przez odkryty teren, nie ma ani kawałka cienia. Na dodatek, pierwsza część to ciągła droga w dół – niby lepiej niż pod górkę, ale gorzej dla kolan, które zaczęły boleć niesamowicie. Doszliśmy do miejscowości Grand Chaloupe, w której można zobaczyć pozostałości po linii kolejowej, która kiedyś była na wyspie, a także Lazaret – miejsce kwarantanny, do którego trafiali wszyscy przybywający na wyspę, niewolnicy, ale też normalni podróżni. Pozbawieni sił, po krótkim, acz wyczerpującym marszu, czekaliśmy czterdzieści minut na autobus – który nie zatrzymał się na przystanku. Przejechał obok nas na pełnym gazie. A następny był za godzinę! Na szczęście, znalazła się kobieta, która zaoferowała nam podwiezienie do Saint Denis! Można więc uznać, że mam za sobą swoją pierwszą podróż autostopem! 
No i ostatni weekend, minął on pod znakiem festiwalu Kaloo Bang. Muszę przyznać, że podchodziłam do niego z dużą dawką sceptycyzmu – znałam tylko jedną piosenkę jednego z wykonawców, i bałam się, że mogę się rozczarować. Kupiłam jednak bilety na oba dni, i nie żałuję. Festiwal odbywał się w Parku Ekspozycji i Kongresów (coś jakby Targi Poznańskie, ale nieco mniejsze). W pierwszy dzień na głównej scenie wystąpiły zespoły z Haiti, Republiki Dominikany i  Madagaskaru. Zaskoczyła mnie jednak bardzo mała ilości widowni – okazało się, że jest to spowodowane faktem, iż zespoły nie są z Reunionu lub z Mauritiusa – takowe miały wystąpić w sobotę, i to na sobotę przewidywano większe tłumy. I owszem, na następny dzień na koncerty przyszło znacznie więcej osób, a wszystkie upłynęły pod znakiem reggae i dancehallu – w pamięci najbardziej utkwił mi zespół The Congos – starsi panowie z Jamajki, dość dobrze się trzymający, prawdopodobnie dzięki marihuanie.
W niedzielę były urodziny Emmy, z tej okazji miałyśmy udać się do miejscowości Saint Leu, i odbyć lot na paralotni – nic z tego niestety nie wyszło, rano okazało się, że wiatr jest za silny, i wszystkie loty są odwołane… Tak to niestety już jest na tej wyspie, trudno coś zaplanować, bo często pogoda może zepsuć plany. Udałyśmy się więc na plażę L’Hermitage, na której byłam tylko raz, i nie miałam dobrych wspomnień – było zimno i pochmurnie. Tym razem jednak pogoda dopisała, mogłam trochę ponurkować i podziwiać bogactwo ciepłych wód Oceanu Indyjskiego.
Co jeszcze mogę Wam napisać? Wczoraj wreszcie odbyłam pierwszą lekcję surfingu – tym razem fale były odpowiednie. I co mogę powiedzieć? Mam niesamowite zakwasy, obite kolana, poranione stopy, obite kości miednicy – ale warto było! Jest to chyba jeden z najtrudniejszych i najbardziej niesamowitych sportów świata – pewne jest to, że nie była to moja ostatnia lekcja.
A teraz, wybaczcie, ale muszę odrobić zadanie domowe. 
Pozdrawiam serdecznie! 

You Might Also Like...